Wstałam dziś o 5 rano (wiem, kogo to obchodzi), ale mam za sobą 14h dzień zawalania, więc pisać mi się nie chce. Za to nie mogę odmowić sobie, bo i tak za rzadko piszę (ciągle z braku czasu) podesłania wam kilku inspiracji. W sobotę strzeliłam szybkiego trenia, na którym utrwaliłam sobie dwa triki z warsztatów od Marion Crampe oraz ogarnęłam wraz z Pati Tazbir jeden nowy, którego autorką jest człowiek bez kości czyli Aline Kerber. Kiedyś napiszę o niej troszki więcej.
Z racji jej specyficznego ułożenia ciała, Pati nazwała go Salba Hold, ja nadałam mu nieco polskiego i swojskiego klimatu i ochrzciłam: łokciopupościskacz ;)
Oto i ono:
A oto trochę inna forma gemini:
Oraz wejście z powyższego Gemini do Umbrelli:
Dziękuję za uwagę :)
Dobranoc!
poniedziałek, 22 lipca 2013
poniedziałek, 8 lipca 2013
I'm not freak, I'm passionate, czyli warsztaty z Marion Crampe
Ostatni czwartek był jednym z przełomowych dni, jeśli chodzi o moją przygodę z pole dance. Dlaczego? Bo do Polski przyleciała Marion Crampe - jedna z moich najulubieńszych pole dancerek. Jak tylko dowiedziałam się, że będzie, natychmiast zapisałam się na warsztaty. Nie jestem typem człowieka, który jara się byle czym, ale przyznam się wam szczerze, że na to spotkanie czekałam z niecierpliwością. I nie zawiodłam się ani trochę!
Marion Crampe, która przyleciała do nas z Francji jest prawdziwą pasjonatką. Na przywitanie wypaliła: I'm not a freak. I'm just passionate. I to akurat się zgadza. Widać to w każdym jej ruchu - ona ten sport kocha. Ale (!) jest wymagającym nauczycielem. Jak trzeba krzyknie, a za chwilę cię ściska i całuje gratulując, że tak szybko ci coś wyszło. Jest samoukiem, ale nam radziła pracować w grupie. Powiedziała, że ona nie miała takiej możliwości.
Zacznijmy jednak od początku!
Jestem supermarketem
Marion zaczęła zajęcia od zakomunikowania, że dziś jest dla nas supermarketem. A my zgarniamy jej wiedzę i doświadczenie jak towar. No dobra... pomyślałam. No to będę brała garściami! I wzięłam :)
Zaskoczyła mnie jej rozgrzewka. Mało dynamiczna, złożona w większości z ćwiczeń rozciągających i rozgrzewających same stawy. Fakt - było duszno i parno jak w piekle, więc i tak po 3 minutach byłyśmy już mokre, ale mimo wszystko zdziwiło mnie to. Dowiedziałam się za to kilku przydatnych informacji dotyczących tego jakie części ciała trzeba rozciągać bardziej niż inne (np. przyczep mięśnia czworogłowego), bo bez tego trudno wykonać większość figur. Każdy, kto zna Marion z filmików wie, że jest rozciągnięta jak sku&^%n. Ale napełniła me serce nadzieją, kiedy zapewniła, że gdy zaczynała nie była za szczególnie rozciągnięta. Wiem, że uprawiała balet i tańczyła jazz, więc nie wierze jej do końca, ale jeśli nie była człowiekiem gumą (a teraz jest), to i dla nas, zwykłych śmiertelników jest szansa. W końcu ona zajmuje się pole dance od 7 lat! Powiedziała, że wszystko jest w głowie i w odpowiednim podejściu do swojego ciała. I z tym zgadzam się w 100%.
Trochę obawiałam się tej lekcji, ale okazało się, że mimo, iż nowe triki nie należą do najłatwiejszych, dajemy sobie z nimi radę (lepiej lub gorzej, ale jednak). Oczywiście nie zdradzę wam tu teraz wszystkiego, bo jak wiadomo nie da się tego opisać słowami, ale jak tylko trochę poćwiczę i wejdę na salę, podrzucę jakąś fotkię. Nie mogę też doczekać się lekcji z moimi dziewczynami. Mam im tyle do przekazania!
Marion jest świetna metodycznie i dała nam kilka ważnych rad jak radzić sobie ze spinem. Już wiedziała, że w Polsce rzadko ćwiczymy na kręconych rurkach. Jej zdaniem są o 100% lepsze, bo piękniej eksponują ciało w ruchu z każdej strony. Co więcej, powiedziała, że musimy przezwyciężyć wrażenie, że rurka jest inna. Jest dokładnie taka sama, tylko się kręci. Oczywiście my wiemy, że niektóre figury na spinie są łatwiejsze, a inne trudniej jest wykonać. Tak czy owak ma rację - trzeba się z tymi spinami przeprosić. Po drugie umiejętne rozłożenie siły i większy spokój. To były jej kolejne rady. Zwracała uwagę na ułożenie stóp i linie ciała. Każdy detal był ważny. Nawet w sposobie nauki widać u niej prawdziwą pasję... w dodatku taką, która zaraża!
Po zajęciach z nią uwierzyłam bardziej w siebie. Wiedziałam, że mogę więcej niż mi się wydawało i kiedy spojrzałam na pole dance jej oczami, poczułam jeszcze silniejsza miłość do rurki (tak wiem, rzyg tęczą. Być może to co piszę brzmi jak frazes, ale naprawdę mam nową, jeszcze większą motywację do pracy). Niewiele osób jest w stanie sprawić, że wydaje ci się, że możesz wszystko. Jasne, że bez jej pomocy trudno byłoby mi tak szybko wykonać wszystkie nowe figury, ale Marion sprawiła, że uwierzyłam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Naprawdę jaram się nią oporowo!
Na końcu były uściski i autografy, dostałam super wpis. Nareszcie ktoś docenił mój największy atut rurkowy - siłę :) bo szpagatowiec to ze mnie średni...
I teraz najlepsze! Wychodząc z sali szybko zapisałam sobie wszystko na kartce, bo na warsztatach nie można robić zdjęć, ale na szczęście Marion podczas swojego występu na Pole Dance Cup 2013 pokazała wszystkie triki. Ha! Mam ściągę!
Nie przegapcie następnych warsztatów. Jest wyjątkowa i warta każdych pieniędzy! ;)
Marion Crampe, która przyleciała do nas z Francji jest prawdziwą pasjonatką. Na przywitanie wypaliła: I'm not a freak. I'm just passionate. I to akurat się zgadza. Widać to w każdym jej ruchu - ona ten sport kocha. Ale (!) jest wymagającym nauczycielem. Jak trzeba krzyknie, a za chwilę cię ściska i całuje gratulując, że tak szybko ci coś wyszło. Jest samoukiem, ale nam radziła pracować w grupie. Powiedziała, że ona nie miała takiej możliwości.
Zacznijmy jednak od początku!
Jestem supermarketem
Marion zaczęła zajęcia od zakomunikowania, że dziś jest dla nas supermarketem. A my zgarniamy jej wiedzę i doświadczenie jak towar. No dobra... pomyślałam. No to będę brała garściami! I wzięłam :)
Zaskoczyła mnie jej rozgrzewka. Mało dynamiczna, złożona w większości z ćwiczeń rozciągających i rozgrzewających same stawy. Fakt - było duszno i parno jak w piekle, więc i tak po 3 minutach byłyśmy już mokre, ale mimo wszystko zdziwiło mnie to. Dowiedziałam się za to kilku przydatnych informacji dotyczących tego jakie części ciała trzeba rozciągać bardziej niż inne (np. przyczep mięśnia czworogłowego), bo bez tego trudno wykonać większość figur. Każdy, kto zna Marion z filmików wie, że jest rozciągnięta jak sku&^%n. Ale napełniła me serce nadzieją, kiedy zapewniła, że gdy zaczynała nie była za szczególnie rozciągnięta. Wiem, że uprawiała balet i tańczyła jazz, więc nie wierze jej do końca, ale jeśli nie była człowiekiem gumą (a teraz jest), to i dla nas, zwykłych śmiertelników jest szansa. W końcu ona zajmuje się pole dance od 7 lat! Powiedziała, że wszystko jest w głowie i w odpowiednim podejściu do swojego ciała. I z tym zgadzam się w 100%.
Trochę obawiałam się tej lekcji, ale okazało się, że mimo, iż nowe triki nie należą do najłatwiejszych, dajemy sobie z nimi radę (lepiej lub gorzej, ale jednak). Oczywiście nie zdradzę wam tu teraz wszystkiego, bo jak wiadomo nie da się tego opisać słowami, ale jak tylko trochę poćwiczę i wejdę na salę, podrzucę jakąś fotkię. Nie mogę też doczekać się lekcji z moimi dziewczynami. Mam im tyle do przekazania!
Marion jest świetna metodycznie i dała nam kilka ważnych rad jak radzić sobie ze spinem. Już wiedziała, że w Polsce rzadko ćwiczymy na kręconych rurkach. Jej zdaniem są o 100% lepsze, bo piękniej eksponują ciało w ruchu z każdej strony. Co więcej, powiedziała, że musimy przezwyciężyć wrażenie, że rurka jest inna. Jest dokładnie taka sama, tylko się kręci. Oczywiście my wiemy, że niektóre figury na spinie są łatwiejsze, a inne trudniej jest wykonać. Tak czy owak ma rację - trzeba się z tymi spinami przeprosić. Po drugie umiejętne rozłożenie siły i większy spokój. To były jej kolejne rady. Zwracała uwagę na ułożenie stóp i linie ciała. Każdy detal był ważny. Nawet w sposobie nauki widać u niej prawdziwą pasję... w dodatku taką, która zaraża!
Po zajęciach z nią uwierzyłam bardziej w siebie. Wiedziałam, że mogę więcej niż mi się wydawało i kiedy spojrzałam na pole dance jej oczami, poczułam jeszcze silniejsza miłość do rurki (tak wiem, rzyg tęczą. Być może to co piszę brzmi jak frazes, ale naprawdę mam nową, jeszcze większą motywację do pracy). Niewiele osób jest w stanie sprawić, że wydaje ci się, że możesz wszystko. Jasne, że bez jej pomocy trudno byłoby mi tak szybko wykonać wszystkie nowe figury, ale Marion sprawiła, że uwierzyłam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Naprawdę jaram się nią oporowo!
Na końcu były uściski i autografy, dostałam super wpis. Nareszcie ktoś docenił mój największy atut rurkowy - siłę :) bo szpagatowiec to ze mnie średni...
I teraz najlepsze! Wychodząc z sali szybko zapisałam sobie wszystko na kartce, bo na warsztatach nie można robić zdjęć, ale na szczęście Marion podczas swojego występu na Pole Dance Cup 2013 pokazała wszystkie triki. Ha! Mam ściągę!
Nie przegapcie następnych warsztatów. Jest wyjątkowa i warta każdych pieniędzy! ;)
wtorek, 2 lipca 2013
Jak żyć, czyli trochę o rozciąganiu
Kiedyś już pisałam na ten temat, potem obiecałam sobie, że będę wracać do tego tematu, zwłaszcza, że to jednak pole dance i stretching jest bliski naszemu sercu ;)
Od jakiegoś czasu współpracuję z portalem Hellozdrowie.pl. Miałam tam okazję powiedzieć parę słów na temat rozciągania odprężonego. Niestety dosłownie parę słów, bo jak wiadomo czas antenowy jest na wagę złota i nikt już nie chce oglądać elaboratów.
Zostawiam wam tu link, ale oprócz tego zapewniam, że nie jest to moje ostatnie słowo! Chce napisać o rozciąganiu do szpagatu wraz z galerią poszczególnych ćwiczeń.
http://www.hellozdrowie.pl/ruch/cwiczenia-rozciagajace-rob-je-dobrze
W ramach dygresji chciałam ku pokrzepieniu serc tych mniej rozciągniętych powiedzieć, że da się. I nawet jeśli ma ci to zająć dużo czasu - bądź konsekwentna! Ci, którzy śledzą bloga, wiedzą, że mam za sobą trzy poważne naderwania. Jedno na tyle poważne, że kawałek ścięgna oderwało się od kości. Lekarz powiedział, że z tak masywną blizną nigdy tej nogi nie rozciągnę (miejsce dość niefortunne, bo to przyczep mięśnia dwugłowego). Tak więc zgodnie z powiedzeniem: NO TO PATRZ, ogarnęłam ten temat! Idealnie nie jest, ale jeszcze będzie :)
(Dla zainteresowanych, jeszcze długo po zerwaniu, nie mogłam schylić się nawet, żeby dotknąć kolana...)
Szykuję też dla was post o ćwiczeniach wzmacniających plecy. Zauważyłam na zajęciach, że 99% kobitek ma z tym duże problemy. Oprócz brzucha, mocne mięśnie pleców bardzo się przydają, a poza tym chronią nasz kręgosłup przed kontuzjami! Stay tuned - pracuję nad tym! :)
Od jakiegoś czasu współpracuję z portalem Hellozdrowie.pl. Miałam tam okazję powiedzieć parę słów na temat rozciągania odprężonego. Niestety dosłownie parę słów, bo jak wiadomo czas antenowy jest na wagę złota i nikt już nie chce oglądać elaboratów.
Zostawiam wam tu link, ale oprócz tego zapewniam, że nie jest to moje ostatnie słowo! Chce napisać o rozciąganiu do szpagatu wraz z galerią poszczególnych ćwiczeń.
http://www.hellozdrowie.pl/ruch/cwiczenia-rozciagajace-rob-je-dobrze
W ramach dygresji chciałam ku pokrzepieniu serc tych mniej rozciągniętych powiedzieć, że da się. I nawet jeśli ma ci to zająć dużo czasu - bądź konsekwentna! Ci, którzy śledzą bloga, wiedzą, że mam za sobą trzy poważne naderwania. Jedno na tyle poważne, że kawałek ścięgna oderwało się od kości. Lekarz powiedział, że z tak masywną blizną nigdy tej nogi nie rozciągnę (miejsce dość niefortunne, bo to przyczep mięśnia dwugłowego). Tak więc zgodnie z powiedzeniem: NO TO PATRZ, ogarnęłam ten temat! Idealnie nie jest, ale jeszcze będzie :)
(Dla zainteresowanych, jeszcze długo po zerwaniu, nie mogłam schylić się nawet, żeby dotknąć kolana...)
Szykuję też dla was post o ćwiczeniach wzmacniających plecy. Zauważyłam na zajęciach, że 99% kobitek ma z tym duże problemy. Oprócz brzucha, mocne mięśnie pleców bardzo się przydają, a poza tym chronią nasz kręgosłup przed kontuzjami! Stay tuned - pracuję nad tym! :)
niedziela, 23 czerwca 2013
Kobiety Pistolety
Wczoraj odbyła się impreza o wdzięcznym tytule Kobiety Pistolety. Targi trwały cały dzień, a wieczorem przyszła pora na część, która mnie interesowała najbardziej - pole dance'owe batelki oraz występ moich kolegów z OH LALA.
Jeśli chodzi o bitwę na rurkach wygrała moja serdeczna koleżanka Ola Kulikowska. Straszliwe jej gratuluję, bo dziewczynina ma serce do tego sportu :)
A wam muszę pokazać co przygotowali na ten wieczór instruktorzy z mojej szkoły
Check it out:
Jeśli chodzi o bitwę na rurkach wygrała moja serdeczna koleżanka Ola Kulikowska. Straszliwe jej gratuluję, bo dziewczynina ma serce do tego sportu :)
A wam muszę pokazać co przygotowali na ten wieczór instruktorzy z mojej szkoły
Check it out:
Nigdy, przenigdy nie zapominaj o rozgrzewce!
Odkąd pracuję po 14h dziennie, nie mam czasu na pisanie na blogu. Ale obiecałam sobie, że znajdę go przynajmniej tyle, żeby wrzucać krotkie ważne info i trochę fot. Nie dam temu miejscu umrzeć!

Dziś o rozgrzewce słów kilka.
Rozgrzewka ma przyśpieszyć gotowość naszego organizmu do wysiłku fizycznego – to jasne! Większość osób wie, że od tego zaczyna się każdy trening. Dlaczego to takie istotne? Ponieważ po pierwsze skurcz mięśni w dużym stopniu zależy właśnie od temperatury ciała. Niska temperatura obniża ich pobudliwość i wydolność. Jednak wpływ rozgrzewki na wydolność organizmu nie ogranicza się tylko do podwyższenia ciepłoty ciała i jest znacznie bardziej złożony. Równie ważne co zmiany w tkance mięśniowej są zmiany w układzie więzadłowo-stawowym. Większość trenujących doskonale wie, z czym to się wiąże – kontuzje kolan, naderwane ścięgna i przyczepy mięśni, nadwyrężone łokcie itd.
Każda rozgrzewka powinna składać się z dwóch części: ogólnej i specjalistycznej. Zadaniem tej pierwszej jest przygotowanie do wysiłku, podniesienie temperatury ciała, rozruszanie stawów i mięśni, pobudzenie układu nerwowego i narządów wewnętrznych. Mowa tu o lekkim biegu oraz ćwiczeniach rozluźniających. Druga część to już praca mająca jak najbardziej przybliżyć właściwy wysiłek treningowy.
Kiedy omijamy rozgrzewkę - mięśnie, które od razu zostają zmuszone do intensywnego wysiłku doznają w pewnym sensie „szoku”. W szybkim tempie, będą starały się przystosować od zaistniałej sytuacji co może powodować nie tylko urazy, ale i stratę energii, które ciało mogłoby spożytkować znacznie bardziej efektywnie (po rozgrzewce). Innymi słowy - w ponad 30 procentach nasz trening będzie zmarnowany.
Koniec mądrości - bez rozgrzewki nie ma mowy o włażeniu na rurę i koniec!
I niech nigdy, przenigdy nie przychodzi wam do głowy, by robić bez rozgrzewki szpagat. Zwracam się tu także do tych, którzy są naprawdę nieźle rozciągnięci!
Jeśli nie wiecie jak się rozgrzewać, macie ode mnie propozycję, które skręciłam z portalem Hello Zdrowie
Oto link do video:
http://www.hellozdrowie.pl/ruch/jak-dobrze-wykonac-rozgrzewke

Dziś o rozgrzewce słów kilka.
Rozgrzewka ma przyśpieszyć gotowość naszego organizmu do wysiłku fizycznego – to jasne! Większość osób wie, że od tego zaczyna się każdy trening. Dlaczego to takie istotne? Ponieważ po pierwsze skurcz mięśni w dużym stopniu zależy właśnie od temperatury ciała. Niska temperatura obniża ich pobudliwość i wydolność. Jednak wpływ rozgrzewki na wydolność organizmu nie ogranicza się tylko do podwyższenia ciepłoty ciała i jest znacznie bardziej złożony. Równie ważne co zmiany w tkance mięśniowej są zmiany w układzie więzadłowo-stawowym. Większość trenujących doskonale wie, z czym to się wiąże – kontuzje kolan, naderwane ścięgna i przyczepy mięśni, nadwyrężone łokcie itd.
Każda rozgrzewka powinna składać się z dwóch części: ogólnej i specjalistycznej. Zadaniem tej pierwszej jest przygotowanie do wysiłku, podniesienie temperatury ciała, rozruszanie stawów i mięśni, pobudzenie układu nerwowego i narządów wewnętrznych. Mowa tu o lekkim biegu oraz ćwiczeniach rozluźniających. Druga część to już praca mająca jak najbardziej przybliżyć właściwy wysiłek treningowy.
Kiedy omijamy rozgrzewkę - mięśnie, które od razu zostają zmuszone do intensywnego wysiłku doznają w pewnym sensie „szoku”. W szybkim tempie, będą starały się przystosować od zaistniałej sytuacji co może powodować nie tylko urazy, ale i stratę energii, które ciało mogłoby spożytkować znacznie bardziej efektywnie (po rozgrzewce). Innymi słowy - w ponad 30 procentach nasz trening będzie zmarnowany.
Koniec mądrości - bez rozgrzewki nie ma mowy o włażeniu na rurę i koniec!
I niech nigdy, przenigdy nie przychodzi wam do głowy, by robić bez rozgrzewki szpagat. Zwracam się tu także do tych, którzy są naprawdę nieźle rozciągnięci!
Jeśli nie wiecie jak się rozgrzewać, macie ode mnie propozycję, które skręciłam z portalem Hello Zdrowie
Oto link do video:
http://www.hellozdrowie.pl/ruch/jak-dobrze-wykonac-rozgrzewke
czwartek, 21 marca 2013
Aerial Experience
Już dawno obiecałam sobie ten wpis. Dziś też o tańcu w powietrzu, ale zamiast rurki - szarfa!
Jakiś czas temu robiłam o tym duży materiał do miesięcznika Happy. O tym - czyli o powietrznych akrobacjach. Dorwałam wtedy Magdalenę Sztencel, która jako jedna z nielicznych osób w Warszawie zajmuje się tym tematem (swoją drogę trochę szok, że tak mało jest miejsc w stolicy, gdzie można się uczyć tej pięknej dyscypliny).
Losowo wybrany filmik poniżej:
Wybrałam się do Magdaleny na krótką pogawędkę o szarfach - musiałam się dowiedzieć z czym to się je. Sama nie spróbowałam, bo miałam wtedy kontuzję. Opisałam więc w materiale to, co zobaczyłam i to co mi przekazała Magdalena. I tak dowiedziałam się, że najważniejsze, przynajmniej na początku jest: budowanie siły, wzmacnianie mięśni (także tych wewnętrznych - odpowiedzialnych za równowagę), praca nóg przy wchodzeniu na szarfę (itd.)
No wiadomo - pomyślałam, czyli wszystko to, co robi się na rurce.

Są jednak znaczne różnice! O tym zaraz.
Obserwując Magdę (Magdalenę - dla mnie to wciąż to samo imię :) ) nie wyglądało to na trudne zadanie. Szybko i sprawnie radziła sobie z tą wdzięczną materią, choć od razu wiedziałam, że umiejętne zaplątywanie się w szarfę z pewnością nie należy do najłatwiejszych.
Tak czy owak - napisałam artykuł, po czym o sprawie zapomniałam. Aż do momentu, w którym poznałam Anię Filipowską (zdj. niżej)


Kiedy zobaczyłam ją na szarfie - zwariowałam! W dodatku było to mniej więcej w tym czasie, w którym Ania brała udział w programie "Mam Talent". Kochana Ania zabrała mnie na trening, na którym przekonałam się co oznacza "robota z szarfą" :D Oczywiście do tematu podeszłam na 'cfaniaka'. Po takim czasie z rurką - żadna szarfa nie była mi straszna. Ehe... Jasne! Przy pierwszym wejściu zmieniłam swoje podejście! Mimo, że to również jest akrobatyka - pierwszą i najważniejszą różnicą jest to, że o ile w pole dance to Ty musisz się dostosować do rurki (która najspokojniej w świecie stoi w jednym miejscu), o tyle szarfę musisz dostosować do ciała. To naprawdę robi różnicę. Rurka przynajmniej jest stabilna kiedy na nią wchodzisz, a ten materiał przecież cały czas się huśta. No i trzeba go okiełznać. Po kilku próbach (wcale nie łatwych) wreszcie wlazłam na górę. Oczywiście na nic zdały się rady Ani - która krzyczała, żebym używała nóg przy wchodzeniu. Z uporem maniaka dźwigałam się na rękach, które po chwili... prawie mi odpadły :D
Nie poddałam się jednak i po godzinie nauczyłam się pierwszych trików ;) Okazuje się, że są to całkiem podobne figury do pole dance (przynajmniej niektóre), aczkolwiek nie powiem - wykonanie ich jest toootalnieee różne. Drugą różnicą jest to, że o ile w pole dance im mniej ubrań masz na sobie - tym lepszą masz przyczepność, o tyle w szarfach musisz być zakryta. Odpowiedni strój to taki, który zakrywa brzuch i co ważniejsze nogi (już teraz wiem dlaczego). Owinięty wokół ciała materiał naprawdę mocno ściska skórę i przy zmianie ruchów lub szybszych spadkach po prostu parzy skórę (nie mówię tu nawet o siniakach - miałam ich po treningu więcej niż po rurce).
Oczywiście moja jednorazowa przygoda z szarfą nie daje mi prawa do tego, by się wymądrzać, ale... Bardzo mi się ta szarfa spodobała i uważam, że stanowi przepiękną dyscyplinę - może nawet (prawie) tak piękną jak pole dance ;) Niestety, o ile szkół pole dance powstaje u nas tyle co grzybów po deszczu, to o tańcu na szarfach w Polsce słyszy się mało... A szkoda, bo uważam, że obie historie wspaniale się uzupełniają! Pewnie sporym utrudnieniem jest miejsce. Szarfy muszą być zawieszone (przynajmniej powinny) kilka metrów nad ziemią. Poza tym nie nastała chyba jeszcze "moda" na "silki". We Wrocławiu jest profesjonalna miejscówka, gdzie można się uczyć akrobatyki (w przeróżnych formach), ale reszta Polski... no cóż trochę odstaje niestety. Wiem, że w Wawie zajęcia prowadzi Magda(lena) oraz Freeart Fusion. Ja z pewnością skoczę na trenio jeszcze nie raz do Katowic! Jak się uczyć to od najlepszych ;)

Jakiś czas temu robiłam o tym duży materiał do miesięcznika Happy. O tym - czyli o powietrznych akrobacjach. Dorwałam wtedy Magdalenę Sztencel, która jako jedna z nielicznych osób w Warszawie zajmuje się tym tematem (swoją drogę trochę szok, że tak mało jest miejsc w stolicy, gdzie można się uczyć tej pięknej dyscypliny).
Losowo wybrany filmik poniżej:
Wybrałam się do Magdaleny na krótką pogawędkę o szarfach - musiałam się dowiedzieć z czym to się je. Sama nie spróbowałam, bo miałam wtedy kontuzję. Opisałam więc w materiale to, co zobaczyłam i to co mi przekazała Magdalena. I tak dowiedziałam się, że najważniejsze, przynajmniej na początku jest: budowanie siły, wzmacnianie mięśni (także tych wewnętrznych - odpowiedzialnych za równowagę), praca nóg przy wchodzeniu na szarfę (itd.)
No wiadomo - pomyślałam, czyli wszystko to, co robi się na rurce.

Są jednak znaczne różnice! O tym zaraz.
Obserwując Magdę (Magdalenę - dla mnie to wciąż to samo imię :) ) nie wyglądało to na trudne zadanie. Szybko i sprawnie radziła sobie z tą wdzięczną materią, choć od razu wiedziałam, że umiejętne zaplątywanie się w szarfę z pewnością nie należy do najłatwiejszych.
Tak czy owak - napisałam artykuł, po czym o sprawie zapomniałam. Aż do momentu, w którym poznałam Anię Filipowską (zdj. niżej)


Kiedy zobaczyłam ją na szarfie - zwariowałam! W dodatku było to mniej więcej w tym czasie, w którym Ania brała udział w programie "Mam Talent". Kochana Ania zabrała mnie na trening, na którym przekonałam się co oznacza "robota z szarfą" :D Oczywiście do tematu podeszłam na 'cfaniaka'. Po takim czasie z rurką - żadna szarfa nie była mi straszna. Ehe... Jasne! Przy pierwszym wejściu zmieniłam swoje podejście! Mimo, że to również jest akrobatyka - pierwszą i najważniejszą różnicą jest to, że o ile w pole dance to Ty musisz się dostosować do rurki (która najspokojniej w świecie stoi w jednym miejscu), o tyle szarfę musisz dostosować do ciała. To naprawdę robi różnicę. Rurka przynajmniej jest stabilna kiedy na nią wchodzisz, a ten materiał przecież cały czas się huśta. No i trzeba go okiełznać. Po kilku próbach (wcale nie łatwych) wreszcie wlazłam na górę. Oczywiście na nic zdały się rady Ani - która krzyczała, żebym używała nóg przy wchodzeniu. Z uporem maniaka dźwigałam się na rękach, które po chwili... prawie mi odpadły :D
Nie poddałam się jednak i po godzinie nauczyłam się pierwszych trików ;) Okazuje się, że są to całkiem podobne figury do pole dance (przynajmniej niektóre), aczkolwiek nie powiem - wykonanie ich jest toootalnieee różne. Drugą różnicą jest to, że o ile w pole dance im mniej ubrań masz na sobie - tym lepszą masz przyczepność, o tyle w szarfach musisz być zakryta. Odpowiedni strój to taki, który zakrywa brzuch i co ważniejsze nogi (już teraz wiem dlaczego). Owinięty wokół ciała materiał naprawdę mocno ściska skórę i przy zmianie ruchów lub szybszych spadkach po prostu parzy skórę (nie mówię tu nawet o siniakach - miałam ich po treningu więcej niż po rurce).
Oczywiście moja jednorazowa przygoda z szarfą nie daje mi prawa do tego, by się wymądrzać, ale... Bardzo mi się ta szarfa spodobała i uważam, że stanowi przepiękną dyscyplinę - może nawet (prawie) tak piękną jak pole dance ;) Niestety, o ile szkół pole dance powstaje u nas tyle co grzybów po deszczu, to o tańcu na szarfach w Polsce słyszy się mało... A szkoda, bo uważam, że obie historie wspaniale się uzupełniają! Pewnie sporym utrudnieniem jest miejsce. Szarfy muszą być zawieszone (przynajmniej powinny) kilka metrów nad ziemią. Poza tym nie nastała chyba jeszcze "moda" na "silki". We Wrocławiu jest profesjonalna miejscówka, gdzie można się uczyć akrobatyki (w przeróżnych formach), ale reszta Polski... no cóż trochę odstaje niestety. Wiem, że w Wawie zajęcia prowadzi Magda(lena) oraz Freeart Fusion. Ja z pewnością skoczę na trenio jeszcze nie raz do Katowic! Jak się uczyć to od najlepszych ;)

sobota, 16 marca 2013
Naderwane, naciągnięte i przeciążone (... ) Jak ustrzec się przed kontuzjami?
Pole dance jest pięknym sportem, ale i bardzo wymagającym - również pod względem fizycznym. Większość osób rozpoczynających naukę nie ma odpowiedniego przygotowania (głównie brakuje siły i rozciągnięcia). Niestety jest to przyczyną wielu mało przyjemnych kontuzji. I nie mówię tu o siniakach...
Skąd te kontuzje? Pamiętajmy, że pole dance to przede wszystkim akrobatyka - trudna sztuka. Przecież nikt nie zabierze się za robienie salt, jeśli się do nich wcześniej odpowiednio nie przygotuje. Pole dance i figury akrobatyczne z rurką stanowią podobnego rodzaju wyzwanie (ale o tym często zapominamy). Łapiemy zajawkę i chcemy być coraz lepsi - to normalne.
Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że nieprzyzwyczajone do tak ogromnych przeciążeń ciało - zacznie się buntować. Zbyt słabe mięśnie będą przeciążone i podatne na naderwania. Dokładnie to samo dotyczy ścięgien, które wcześniej nie rozciągane (dążąc do ekspresowych szpagatów) mają prawo się naderwać (naprawdę nie każdy może się do nich rozciągnąć).

Teraz trochę się wymądrzam, ale muszę wam powiedzieć, że naprawdę wiem o czym mówię. Jestem mistrzem kontuzji wszelkiego rodzaju. Mam na swoim koncie już trzy naderwania, kilka poważnych naciągnięć i do tego problemy z kręgosłupem. Roszczę więc sobie prawo do tego, żeby was ostrzec. Nie musicie i nie powinniście popełniać moich błędów. Nie wstydzę się do nich przyznać. Oto kilka najważniejszych zasad, które mogą pomóc uniknąć kontuzji:
1) Nie cwaniakujcie! ;) Jak coś wyjdzie - nie starajcie się udowodnić całemu światu, że to dla was bułka z masłem. I nie starajcie się nagle zrobić tego na 200%. Poczekajcie i pracujcie cierpliwie nad detalami. Uczcie się pokory wobec materii jaką jest rurka. Tak właśnie załatwiłam sobie pierwsze naderwanie pachwiny. Nożyczki... Chciałam zrobić je bardziej szpagatowo - więc wzięłam za mocny zamach i pach... 3 kolejne miesiące z głowy. Potrzebowałam roku do całkowitej rekonwalescencji.
Żeby było jasne - nie odradzam ciężkiej pracy, wręcz przeciwnie. Idźcie naprzód, ale pracujcie - w swoim tempie. Kontuzje tylko spowolnią progres.
2) Nie zapominajcie o rozgrzewce! Dlatego sama jako trenerka przywiązuję do tego ogromną wagę. 15 - nawet 20 min porządnego wycisku musi być. Tak - dawno temu załatwiłam sobie kolejne naderwanie. Chciałam pokazać mamie szpagat (szkoda, że zapomniałam się rozgrzać). Załatwiłam się na amen - mówię tu całkiem serio. Tak szybko zeszłam do szpagatu, że centymetr ścięgna oderwał mi się od kości. Niestety jako, że żyjemy w Polsce - nikt z 5 ortopedów jakich odwiedziłam nie wpadł na to, żeby mnie skierować na USG. Zrobili mi tylko RTG (na którym jak wiadomo takich rzeczy nie widać) i skierowali na rehabilitację. Nie piszę tego bez powodu! Dopominajcie się o swoje u lekarza. Teraz po 1,5 roku przewlekłego bólu w końcu zrobili mi USG. Okazało się, że na miejscu naderwania jest już masywna blizna i albo mam uszkodzony nerw albo kawałek kości gdzieś utknął (trochę słabo).
3) Nie róbcie na siłę figur, do których nie jesteście gotowi (np. czujecie, że macie za mało siły i elastyczności). Poczekajcie - aż ciało się wzmocni i rozciągnie (polecam udać się w tym celu na dodatkowe treningi siłowe i np. jogę). Dajcie sobie czas. Niektórych rzeczy nie przeskoczycie w parę miesięcy tylko dlatego, że... chcecie. Jedni są silniejsi, inni bardziej rozciągnięci z natury, ale prawda jest taka, że większość nie jest. Nie patrzcie więc na to, że koleżankom obok wychodzi lepiej. Wam też się uda przy systematycznej pracy. Ale na Boga nie przyspieszajcie, forsując się za nadto.
4) Macie problem z kręgosłupem? Zanim na dobre pokochacie pole dance - przemyślcie ten wybór. Dyskopatie raczej wykluczają super sukcesy w tej dziedzinie. Albo narażają nas na urazy. Niestety - też mam z tym problem. O ile wzmocnienie mięśni w części lędźwiowej pomogło i problem na chwilę obecną zniknął. O tyle w części szyjnej wciąż mam małe 'fak apy'... lekarze już mi powiedzieli, że muszę pożegnać się z tym sportem. Nie przyjęłam tego do wiadomości. Staram się systematycznie wzmacniać i nie przesadzać. Ale żywcem mnie do łóżka nikt nie przywiąże. Nie uważam, że to bardzo mądre, ale zawodowe uprawianie sportu niestety często wiąże się z takimi wyborami.
I ZAWSZE ALE TO ZAWSZE RÓBCIE WSZYSTKO NA DWIE STRONY!!! WIEM, ŻE TO NIEWYGODNE, ALE TO DLA DOBRA WASZEGO KRĘGOSŁUPA! NIE NARAŻAJCIE GO NA SKRZYWIENIA, BÓLE ITD.
Oczywiście nie ma co przeginać. Trochę boleć musi! Jak boli to rośnie! ;) Chodzi mi w tym wszystkim o to, żeby znaleźć balans, który pozwoli nam się rozwijać, jednocześnie nie narażając na niepotrzebne problemy ze zdrowiem.
Prawie każda pole dancerka (pole dancer) wie o czym mówię i wie, że dużo w tym racji!
Jest jeszcze wiele rzeczy o których chcę napisać, ale wtedy ten wpis będzie stanowczo nie do przebrnięcia. Piszcie co was trapi i o czym byście się chcieli dowiedzieć. Postaram się pomóc! ;)

Skąd te kontuzje? Pamiętajmy, że pole dance to przede wszystkim akrobatyka - trudna sztuka. Przecież nikt nie zabierze się za robienie salt, jeśli się do nich wcześniej odpowiednio nie przygotuje. Pole dance i figury akrobatyczne z rurką stanowią podobnego rodzaju wyzwanie (ale o tym często zapominamy). Łapiemy zajawkę i chcemy być coraz lepsi - to normalne.
Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, że nieprzyzwyczajone do tak ogromnych przeciążeń ciało - zacznie się buntować. Zbyt słabe mięśnie będą przeciążone i podatne na naderwania. Dokładnie to samo dotyczy ścięgien, które wcześniej nie rozciągane (dążąc do ekspresowych szpagatów) mają prawo się naderwać (naprawdę nie każdy może się do nich rozciągnąć).

Teraz trochę się wymądrzam, ale muszę wam powiedzieć, że naprawdę wiem o czym mówię. Jestem mistrzem kontuzji wszelkiego rodzaju. Mam na swoim koncie już trzy naderwania, kilka poważnych naciągnięć i do tego problemy z kręgosłupem. Roszczę więc sobie prawo do tego, żeby was ostrzec. Nie musicie i nie powinniście popełniać moich błędów. Nie wstydzę się do nich przyznać. Oto kilka najważniejszych zasad, które mogą pomóc uniknąć kontuzji:
1) Nie cwaniakujcie! ;) Jak coś wyjdzie - nie starajcie się udowodnić całemu światu, że to dla was bułka z masłem. I nie starajcie się nagle zrobić tego na 200%. Poczekajcie i pracujcie cierpliwie nad detalami. Uczcie się pokory wobec materii jaką jest rurka. Tak właśnie załatwiłam sobie pierwsze naderwanie pachwiny. Nożyczki... Chciałam zrobić je bardziej szpagatowo - więc wzięłam za mocny zamach i pach... 3 kolejne miesiące z głowy. Potrzebowałam roku do całkowitej rekonwalescencji.
Żeby było jasne - nie odradzam ciężkiej pracy, wręcz przeciwnie. Idźcie naprzód, ale pracujcie - w swoim tempie. Kontuzje tylko spowolnią progres.
2) Nie zapominajcie o rozgrzewce! Dlatego sama jako trenerka przywiązuję do tego ogromną wagę. 15 - nawet 20 min porządnego wycisku musi być. Tak - dawno temu załatwiłam sobie kolejne naderwanie. Chciałam pokazać mamie szpagat (szkoda, że zapomniałam się rozgrzać). Załatwiłam się na amen - mówię tu całkiem serio. Tak szybko zeszłam do szpagatu, że centymetr ścięgna oderwał mi się od kości. Niestety jako, że żyjemy w Polsce - nikt z 5 ortopedów jakich odwiedziłam nie wpadł na to, żeby mnie skierować na USG. Zrobili mi tylko RTG (na którym jak wiadomo takich rzeczy nie widać) i skierowali na rehabilitację. Nie piszę tego bez powodu! Dopominajcie się o swoje u lekarza. Teraz po 1,5 roku przewlekłego bólu w końcu zrobili mi USG. Okazało się, że na miejscu naderwania jest już masywna blizna i albo mam uszkodzony nerw albo kawałek kości gdzieś utknął (trochę słabo).
3) Nie róbcie na siłę figur, do których nie jesteście gotowi (np. czujecie, że macie za mało siły i elastyczności). Poczekajcie - aż ciało się wzmocni i rozciągnie (polecam udać się w tym celu na dodatkowe treningi siłowe i np. jogę). Dajcie sobie czas. Niektórych rzeczy nie przeskoczycie w parę miesięcy tylko dlatego, że... chcecie. Jedni są silniejsi, inni bardziej rozciągnięci z natury, ale prawda jest taka, że większość nie jest. Nie patrzcie więc na to, że koleżankom obok wychodzi lepiej. Wam też się uda przy systematycznej pracy. Ale na Boga nie przyspieszajcie, forsując się za nadto.
4) Macie problem z kręgosłupem? Zanim na dobre pokochacie pole dance - przemyślcie ten wybór. Dyskopatie raczej wykluczają super sukcesy w tej dziedzinie. Albo narażają nas na urazy. Niestety - też mam z tym problem. O ile wzmocnienie mięśni w części lędźwiowej pomogło i problem na chwilę obecną zniknął. O tyle w części szyjnej wciąż mam małe 'fak apy'... lekarze już mi powiedzieli, że muszę pożegnać się z tym sportem. Nie przyjęłam tego do wiadomości. Staram się systematycznie wzmacniać i nie przesadzać. Ale żywcem mnie do łóżka nikt nie przywiąże. Nie uważam, że to bardzo mądre, ale zawodowe uprawianie sportu niestety często wiąże się z takimi wyborami.
I ZAWSZE ALE TO ZAWSZE RÓBCIE WSZYSTKO NA DWIE STRONY!!! WIEM, ŻE TO NIEWYGODNE, ALE TO DLA DOBRA WASZEGO KRĘGOSŁUPA! NIE NARAŻAJCIE GO NA SKRZYWIENIA, BÓLE ITD.
Oczywiście nie ma co przeginać. Trochę boleć musi! Jak boli to rośnie! ;) Chodzi mi w tym wszystkim o to, żeby znaleźć balans, który pozwoli nam się rozwijać, jednocześnie nie narażając na niepotrzebne problemy ze zdrowiem.
Prawie każda pole dancerka (pole dancer) wie o czym mówię i wie, że dużo w tym racji!
Jest jeszcze wiele rzeczy o których chcę napisać, ale wtedy ten wpis będzie stanowczo nie do przebrnięcia. Piszcie co was trapi i o czym byście się chcieli dowiedzieć. Postaram się pomóc! ;)

Subskrybuj:
Posty (Atom)







